Ilustracje we włoskich klimatach, czyli kilka słów o mojej pasji

Jeszcze  niedawno nie przypuszczałabym, że dziś napiszę te słowa: tworzę ilustracje we włoskich klimatach na zamówienie. Rysuję od kiedy pamiętam, ale zazwyczaj moje prace trafiały do szuflady. Od niedawna wpadłam na pomysł, aby połączyć moje największe pasje: podróże, Italię, pisanie bloga i rysowanie. Zaczęłam tworzyć ilustracje we włoskich klimatach i pokazywać je na profilu na Instagramie. Dostawałam pochlebne komentarze, a parę osób spytało mnie, czy gdzieś te rysunki można nabyć. Nieśmiało wspomniałam o tym na InstaStories i tak się zaczęło. Tak pojawiły się pierwsze zamówienia.

Aktualnie pracuję nad kilkoma zleceniami, mam w głowie MNÓSTWO nowych pomysłów i uwielbiam się tym zajmować. Kocham łączyć pisanie bloga o Włoszech, podróże, z tworzeniem obrazów, które przywołują włoskie klimaty i uśmiech na twarzy osób, których mieszkanie dekorują moje prace. Jeśli mogę zajmować się tym na co dzień łącząc te obszary – spełni się moje marzenie.

kawiarka z napisem Buongiorno

Jak to się wszystko zaczęło?

Parę osób spytało mnie na Instagramie, czy gdzieś można poczytać o mojej pasji. Stąd pomysł na ten wpis na blogu. Aby opowiedzieć tę historię, muszę cofnąć się nieco wstecz.

Od kiedy pamiętam uwielbiałam rysować i tworzyć. Gdy myślę o tym, skąd wzięła się ta fascynacja, przychodzą mi do głowy wspomnienia z wakacji, kiedy to z rodziną regularnie jeździliśmy nad polskie morze i jako dziecko mogłam godzinami wpatrywać się w pracujących ulicznych rysowników, tworzących pastelami realistyczne portrety przechodniów. Jako dziecko lubiłam rysować i być może ta aktywność fascynowała mnie nieco bardziej niż moich równieśników. Po tych nadmorskich wakacjach, tata kupił mi pastele. Wtedy nie było jeszcze Internetu, a z nim szerokodostępnej wiedzy, tutoriali, dzięki którym w zaciszu domu możnaby było nauczyć się różnych technik. Eksperymentowałam więc bazując na własnej intuicji.

W szkole podczas lekcji zawsze bazgrałam z tyłu zeszytu 😉 Chodziłam na różne zajęcia plastyczne i tak, aż do liceum pozostawało to w sferze moich zainteresowań, ale zaaferowana innymi nastoletnimi sprawami i dramatami, pozostawiałam tę aktywność raczej w tle. 

***

W liceum nastąpił u mnie lekki przełom – trafiłam na świetnego lokalnego artystę, który prowadził w moim liceum warsztaty plastyczne, na które zaczęłam uczęszczać. Na zajęciach każdy miał do dyspozycji sztalugę, przynosiło się swoje materiały, którymi często wzajemnie się wymienialiśmy. Rysowaliśmy różne rzeczy – czasami motywem przewodnim był jakiś widok, czasami ktoś na środku pozował w jednej pozycji, a uczestnicy warsztatów porozstawiani po różnych kątach sali mieli za zadanie uchwycenie tej osoby z różnych perspektyw. Pracowaliśmy na przeróżnych materiałach – węgiel, ołówek, pastele, farby. Nie było ograniczeń. Poznałam tam też ciekawe osoby, a zwłaszcza jedną dziewczynę, z którą się wtedy zaprzyjaźniłam. Malwina była rok starsza ode mnie i szykowała się już do egzaminów na studia, co w jej przypadku było Akademią Sztuk Pięknych. Była dla mnie dużą inspiracją. Na zajęcia często przynosiła prace tworzone w domu, aby poddać je krytyce naszego Maestro, dzięki czemu budowała swoją ‚teczkę’ – portfolio, które trzeba zaprezentować komisji egzaminacyjnej jako przykład swoich prac.

Bardzo mnie to fascynowało i też po cichu marzyłam o zdawaniu na ASP. Nie do końca jednak wierzyłam w siebie, wydawało mi się, że za późno zaczęłam o tym myśleć, żeby faktycznie mieć szansę zbudowania solidnego portfolio i dostania się na taką uczelnię. Dodatkowo, ze strony rodziny słyszałam głosy krytyki: „Co ty będziesz po tym robić?”. Absolwent ASP kojarzony był z artystą wystawiającym swoje prace na ulicy. I to wcale nie było tak dawno –  takie myślenie panowało wciąż jeszcze 12 lat temu. Tak więc, postanowiłam wybrać ‚bardziej prosperujące’ studia. Ależ ja byłam wtedy głupia! Decyzje podjęte w oparciu o własne przekonania i intuicję prowadzą nas zazwyczaj do lepszych wyborów niż te pokierowane opiniami innych. Prędzej czy później podążając za głosem innych osób i tak coś w nas pęknie i będziemy chcieli dążyć do tego, do czego tak naprawdę nas ciągnie. Bo przecież o to chodzi, by móc robić coś, co się kocha i co daje nam prawdziwą satysfakcję, prawda? 

W tym okresie babcia zasponsorowała mi sztalugę. Miałam ją w swoim pokoju, dzięki czemu mogłam regularnie rysować w komfortowych warunkach. Wciąż ją mam.  

Naprawdę się wtedy zaprzyjaźniłyśmy z Malwiną. Odwiedzała mnie latem w mojej ‚domowej pracowni’ na kilka dni, razem tworzyłyśmy. Później Malwina dostała się na ASP do Cieszyna. W trakcie jej studiów miałam okazję odwiedzić ją tam na długi weekend, a nawet wziąć udział w warsztatach na ASP. Spacerowałam korytarzami uczelni i wdychałam zapach farb jak zaczarowana. Po paru latach nasze drogi z Malwiną się rozeszły, a kontakt urwał, sama już nie wiem dlaczego.

***

Pamiętam też warsztaty plastyczne w plenerze, które organizował inny lokalny artysta, tata mojej koleżanki (pozdrowienia Klaudyna, jeśli to czytasz :)). Pojechaliśmy wtedy niewielką grupą do Doliny Będkowskiej pod Krakowem, gdzie na parę dni zaszyliśmy się w drewnianym domku, czerpiąc na co dzień artystyczne inspiracje, wymieniając się spostrzeżeniami. Nie pamiętam, żebym podczas tych paru dni za wiele rysowała, jednak samo przebywanie wśród innych artystów było dla mnie  inspirującym przeżyciem. 

***

W liceum obejrzałam też jeden film, który miał na mnie duży wpływ – Frida, który opowiada o twórczości meksykańskiej artystki Frida Kahlo. Po jego obejrzeniu wpadłam w trans artystyczny – chciałam poczuć się trochę jak Frida, zamknęłam się na weekend w pokoju (wtedy mieszkałam jeszcze z rodzicami w małej miejscowości, a nasz dom usytuowany był naprzeciw lasu), otworzyłam szeroko okna, dzięki czemu miałam widok na naturę, rozstawiłam swoją sztalugę i wszystkie materiały, słuchałam głośno ścieżki dźwiękowej z filmu Frida i malowałam 🙂 Dzisiaj wydaje mi się to nieco zabawne, ale to miłe wspomnienie! Zwiastun filmu poniżej, a link do inspirującej ścieżki dźwiękowej tutaj. Wciąż ją uwielbiam!

 

A dzisiaj…

I tak, przez ostatnich parę lat rysowałam ‚do szuflady’ z przerwami. Przez ten czas pracowałam jako ekspert do digital marketingu, ponad dwa i pół roku temu założyłam własną działalność i pracowałam zdalnie, wspierając marketingowo firmy technologiczne i agencje, głównie zagraniczne. Przez ten czas rysowałam ‚do szuflady’ w miarę możliwości czasowych. Było to dla mnie formą relaksu i ekspresji emocji. 

Dzisiaj doszłam do punktu, w którym potrzeba tworzenia wróciła ze zdwojoną siłą. Parę miesięcy temu postanowiłam zrobić oddech od pracy w marketingu w pełnym wymiarze godzin i pozostawić więcej przestrzeni swojej pasji – rysowaniu, podróżowaniu i blogowaniu.

Mówi się, żeby niczego nie żałować, tylko uczyć się na błędach, wyciągać wnioski. Ja żałuję, że nie spróbowałam wtedy swoich sił na ASP. Ale wyciągam z tego lekcję – nigdy nie jest za późno. Na szczęście dzisiejsze czasy sprzyjają temu, by wielu rzeczy uczyć się samemu. W Internecie jest morze wspaniałej wiedzy przekazywanej przez różnych artystów. Są kursy, warsztaty. Tak więc, właściwie poza warsztatami, malowania uczę się sama. Testuję różne techniki, podglądam innych, uczę się z tutoriali, bazuję na intuicji i chcę dalej rozwijać swoje skrzydła.

Ilustracje we włoskich klimatach banner

Od kiedy zaczęłam tworzyć włoskie ilustracje, pojawia się coraz więcej pytań i zamówień (co mnie niezmiernie cieszy!). Postanowiłam stworzyć więc dedykowaną podstronę poświęconą ilustracjom włoskim. Znajdziecie tam przykłady realizacji, informacje o formatach i technikach, informacje co do sposobu zamawiania, a także już wkrótce – gotowe prace do kupienia. 

uliczka włoska
domki Burano

 


To miejsce tworzymy wspólnie. Pozostańmy więc w kontakcie: