Nieskończona liczba żyć podróżnika [wpis gościnny]

Magdalena RogalińskaAutorką wpisu jest Magdalena Rogalińska – moja znajoma podróżniczka, z którą połączyła mnie ścieżka zawodowa. Potem okazało się, że łączą nas też inne rzeczy. Magda mieszka w Warszawie i co jakiś czas wyrusza w… samotną podróż. W ten sposób odwiedziła już m.in. Indonezję, Singapur, Malezję, Instambul, Maroko, Tajlandię, Srilankę. Felietony z podróży Magdy możecie poczytać na jej blogu #ZapiskiZpodróży, a filmiki podróżnicze pooglądać tutaj. O Magdzie jeszcze tu usłyszycie, gdyż zapowiada się pewien projekt łączący jej pasję podróżniczą i moje włoskie ciągoty. 

 

Każdy z nas zasługuje, aby choć raz w życiu być Włochem

powiedział mój były chłopak popijając grappę po bardzo sytym obiedzie. Odwiedzaliśmy wówczas naszych włoskich znajomych z Werony i przez kilka krótkich dni zasmakowaliśmy ich sposobu życia.  Tak,  „zasmakowaliśmy” to odpowiednie słowo. Nasze dni upływały błogo, gdzieś pomiędzy słodkimi śniadaniami, espresso, pastą i lampką wina. Wystarczyło zaledwie kilka dni a my sami mówiliśmy jakby głośniej, żwawiej wymachując rękami. Czy moglibyśmy tak żyć? – pomyśleliśmy wtedy… To było jedno rozstanie, kilka podróży i ponad rok temu. Wiele rzeczy się w moim życiu zmieniło od tamtego czasu, ale jedno pozostało bez zmiany.

Za każdym razem, kiedy odwiedzam jakieś miejsce staram się chociaż przez krótki czas pożyć życiem jego mieszkańców. Nie być turystą, a przynajmniej nie przez cały czas. Kiedy minie czas na obowiązkową checklistę rzeczy ważnych do zobaczenia otwieram inną, mniej oficjalną listę – listę nie-turysty.

Po pierwsze – jedz tam, gdzie jedzą lokalni…nie turyści


Pamiętam jak będąc w Marakeszu z moimi nowo poznanymi znajomymi próbowaliśmy odnaleźć miejsce, w którym coś zjemy. Może zabrzmi to niedorzecznie, że w miejscu, gdzie jest jakieś sto punktów oferujących lokalne jedzenie – ale my nie wiedzieliśmy dokąd iść. Uśmiechały się do nas przepiękne owoce morza na lodzie i każde nieopatrzne spojrzenie w ich stronę sprawiało, że nagle pojawiali się wokół nas właściciele, kelnerzy, rodzina, znajomi, którzy namawiali wszystkim sposobami  – w tym nie szczędząc kontaktów fizycznych – aby zjeść właśnie u nich. Byliśmy jednak nieugięci – idąc za radą mojego lokalnego znajomego – owoce morza na lodzie równają się nieświeżym owocom morza…

Nagle zobaczyliśmy małe stoisko. Nie było wystawnych wabików tj. prezentacja dań, nikt nie namawiał też nas do przyjścia. Po prostu nie było takiej potrzeby, te kilka stolików tworzących knajpę było wypełnione lokalną społecznością po brzegi. Reszta tłumu stała nad jedzącymi czekając na swoją kolej. Wiedzieliśmy, że tutaj zamiast zaproszenia czeka nas długie czekanie i prawdopodobnie siedzenie w różnych miejscach, nie obok siebie. Cóż mogę powiedzieć…te kalamary były tego zdecydowanie warte.

Po drugie – przewodnik zastąp rozmową z tubylcem

Mój znajomy Fernando, podróżnik z Brazyli, który jest w drodze bez przerwy już chyba 4 rok mawia jedno:

Jeżeli czytam przewodnik to tylko po to, aby unikać rekomendowanych miejsc i działać odwrotnie od podanych wskazówek.

Pamiętam jak postanowiliśmy popłynąć na wyspy książęce w pobliżu Istambułu. Cały dzień na dotarcie i zwiedzenie wszystkich czterech wysp to trochę za mało, dlatego warto ograniczyć się do dwóch. Przewodnik rekomenduje dwie większe, dalej położone wyspy, czyli możecie się domyślić, że z Fernando popłynęliśmy na dwie mniejsze.

Skutek – byliśmy prawie sami. Cały tłum turystów popłynął w tym samym kierunku, a my w ciszy, spokoju mogliśmy korzystać z pięknego dnia.

Po trzecie – nie bój się zgubić

Mój ulubiony sposób na zwiedzanie – przede wszystkim dużych miast – to zgubić się. Często chodzę po nowym mieście niby bez celu. Zaglądam do sklepów, kupuje uliczne jedzenie, zaglądam w małe uliczki nie używając mapy…A jeśli się zgubię, to przecież nie koniec świata. W ostateczności można wziąć taksówkę. Dużo częściej jednak kończy się na zawarciu kilku miłych znajomości… Kiedy jednak uda się samodzielnie odnaleźć drogę powrotną można poczuć się jak u siebie… Kolejne miejsce oswojone.

Po czwarte – wyrzuć zegarek, jesteś na wakacjach

Aby poczuć dane miejsce musimy chociaż na chwilę odsapnąć. Biegając między jedną a drugą atrakcją nie poczujemy lokalnego klimatu.

Dlatego zawsze gdzieś przysiadam… Robię sobie dzień lenistwa, obserwując ludzi. Jak rozmawiają, jak się przemieszczają, jak gestykulują. Czasami czytam, czasem szkicuję a często zapisuję jakieś myśli, które później mogą mi posłużyć jako inspiracja do kolejnego tekstu…

Moje reguły stosuję do każdego odwiedzanego przeze mnie miejsca… ale absolutnie rekomenduje je miłośnikom Włoch.

Smakujcie lokalnych potraw, porozmawiajcie z energiczną staruszką na targu (nawet jeśli znacie tylko kilka słów po włosku), zagrajcie w bule albo chociaż pokibicujcie w myślach wybranemu staruszkowi, zagubcie się w mieście i odkryjcie swoje ulubione miejsce… Zostańcie Włochem chociaż na krótką chwilę.

Magdalena Rogalińska
wielbicielka samodzielnych wypraw;
blogerka; autrorka bloga #zapiski z podróży