Abbracciamoci, ciuffetto… – te i inne słówka przyprawiające mnie o motyle w brzuchu :)

Czy jest jakiś sekretny eliksir wyzwalający moc szybszego uczenia się i opanowywania języka włoskiego (i innych)? Flirt ze słowami. Uczenie się języka może być czymś więcej niż cotygodniowym chodzeniem na kurs, odrabianiem zadań i wkuwaniem słówek. Ale tak jak w miłości, musi być chemia. Tak, chemia.

Przed tym, jak zaczęłam uczyć się języka włoskiego w moim życiu miałam styczność z kilkoma językami. Nie każdy powodował u mnie wibracje. Język angielski towarzyszył mi od dzieciństwa i z biegiem lat (zwłaszcza ostatnich) udało mi się go opanować w stopniu biegłym, zwłaszcza, że obecnie jest językiem używanym w domu. Uczenie się tego języka bywało mniej lub bardziej przyjemne, ale nigdy nie upajałam się szczególnie angielskimi słowami, choć przyznaję, że brytyjski akcent wywołuje uśmiech na mej twarzy 🙂

Po drodze przez 3 lata miałam do czynienia z rosyjskim. Chyba ogólnie lubię uczyć się języków, bo i z tym się pogodziłami przyswoiłam ile mogłam (i tyle samo już zapomniałam), ale czy poczułam chemię do tego języka? Nie. Na studiach chodziłam też na intensywny miesięczny kurs języka norweskiego (na chwilę z ciekawości poszybowałam w klimaty zimnej północy ). Codziennie 3-4 godziny kursu ze wspaniałą lektorką zrobiły swoje, ale nie używanie języka kompletnie wymazało go z pamięci. Pamiętam, że (chyba głównie dzięki lektorce) wtedy poczułam dużą dawkę motywacji, pomimo zupełnie nie mojego klimatu jeśli chodzi o kształt i brzmienie słów.

Do włoskiego ciągnęło mnie od zawsze, jak wiele ludzi od zawsze uwielbiałam jego brzmienie i melodię i zawsze chciałam się go nauczyć. Na studiach zapisałam się nawet na kurs, ale po zaledwie paru tygodniach lawirowania między 2ma kierunkami dziennych studiów i pracą (jestem z tych, którzy lubią stawiać sobie wyzwania…) porzuciłam kurs, wciąż pałając platoniczną miłością do tego języka i odbywając regularne podróże do Italii. Obecnie Włochy (mimo mieszkania w Polsce) towarzyszą mi codziennie i przyznaję, że możliwość ćwiczenia języka włoskiego z drugą osobą w domu podczas codziennych czynności bardzo pomaga.

W końcu ponownie zapisałam się na kurs (choć od dawna nie byłam fanką standardowego uczenia się języka w grupie) po tym, jak z różnym skutkiem przez kilka miesięcy próbowałam samouczka w domu. Różne źródła, lekki chaos w głowie, nieregularność. Tym razem ambitnie podeszłam do sprawy. Wybór padł na kurs w Instytucie Kultury włoskiej w Krakowie (polecam). Przyznaję, że ogromną motywacją jest możliwość wykorzystania języka w praktyce. Jednak oprócz tego rozbudziłam w sobie coś, co mogę nazwać adorowaniem języka włoskiego.  

O co chodzi z tą całą chemią? Ucząc się języka włoskiego (czy innego) na pewno trafiacie na słówka, które podgrzewają serducho nieco bardziej niż inne. Preferencje te są mocno subiektywne, możliwe, że zakochacie się w danym słówku bo kojarzy Wam się z innym zabawnym słowem z innego języka lub po prostu pokochacie jego brzmienie. Niektóre z nich cechują się perfekcyjną melodią, równowagą, balansem, zbitkiem głosek, które razem tworzą niezaprzeczalnie perfekcyjną i figlarną kombinację. Bardzo często odkrywam takie słowa i staram się ćwiczyć perfekcję wymawiania go z włoskim zadziornym akcentem. I sprawia mi to ogromną radość!

metoda nauki

Przykładem takiego zauroczenia jest ulubione słówko bohaterki powieści i filmu „Jedz, módl się i kochaj”: attraversiamo (przejdźmy na drugą stronę). Poniższy filmik świetnie pokazuje rozkochanie bohaterki w tym słowie.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=ReGeFJXAtbM]

Ostatnio oglądałam sobie przepisy po włosku na Youtube i doznałam zauroczenia w słowach: cominciamo (zaczynamy) aggiungiamo (to moje ulubione <3) [wymowa: adżundżiamo], które oznacza „dodajemy” – w tym przypadku w kontekście poszczególnych składników przepisu. Sposób w jaki akcentuje ten Włoch brzmi to tak melodyjnie, że mogłabym słuchać go non stop 🙂 Swoją drogą przy okazji serwuję Wam przepis na ciekawą kalabryjską potrawę – Ciambottę 😉 Zresztą sami zobaczcie!

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=yS-q6SaqMZk]
Tu część II przepisu. Uwielbiam też gdy w II części razem wymawia:


Ohh! Melodia dla mych uszu :)! Do moich ulubionych słówek ze względu na brzmienie (ale i znaczenie :)) należą też:

abbracciamoci
italianformygirlfriend.tumblr.com

 

chiocciola
uwielbiamwloskieklimaty.com

Le_avventure_di_Ciuffettino

Ciufetto oznacza grzywkę, ale też loczek. Ciuffettino to jeszcze przyjemniejsze zdrobnienie tego i tak idealnego już wg mnie słówka 😉

italianformygirlfriend.tumblr.com
italianformygirlfriend.tumblr.com

Pocieszny klasyk czyli pantaloncini. Tego chyba komentować nie muszę 🙂

***
a wy

 

  • Miałam kiedyś przygodę z językiem włoskim i bardzo bym chciała kiedyś do niego wrócić! Też czułam chemię 🙂 Jedno z moich ulubionych słówek to pipistrello, czyli nietoperz 😀

    • Marianna, właśnie tak to jest z językami, że jak się nie używa to się zapomina i potem trzeba wszystko nadrabiać… Ah PIPISTRELLO, przypomniałaś mi o tym słówku, zapomniałam o tym wspomnieć w tej notce, a jest to jedno z moich ulubionych pierwszych słówek jakie poznałam! :)))

  • ANGELLOOO masz rację, dzięki za wyłapanie! Najpierw tak usłyszałam, ale niestety potem zaczęłam szperać w google i błednie mnie naprowadziło. Poprawione 🙂

  • „Raffreddati, pelati e cubbettati…” nie istnieje nic takiego jak „a cubetati”. Ciekawy blog, motywuje, ale postanowilam zwrocic uwage. Najeazniejsze, ze sie starasz, a bledy popelnia kazdy:) sbagliando s’impara

  • Magda, rupiecie pociesznie brzmi nawet po polsku 😀 Muszę zapamiętać to słówko!

  • Magda

    Ciuffetti to także kępki rzęs, które możemy sobie doczepic zamiast le ciglia finte. Też się zakochałam w tym slowku!
    Z innych to : cianfrusanglie, czyli rupiecie haha