włoska pizza

4 obserwacje na temat włoskich posiłków

Pierwotnie wpis ukazał się na fanpage Uwielbiam włoskie klimaty, od którego wszystko się już dawno zaczęło. Wpis dłuższy dlatego ląduje tutaj na blogu 🙂

***

Kilka miesięcy temu miałam okazję uczestniczyć w prawdziwej włoskiej kolacji na około 15 osób w restauracji na północy Włoch. Oczywiście o porze, która dla nas – Polaków z obiadem ma niewiele wspólnego – około 22. Ponieważ wciąż aspiruję do osoby posługującej się językiem włoskim, a angielski wśród Włochów jest niczym dar z niebios – usytuowana przy dłuuugim stoliku składającym się z kilku mniejszych złączonych razem, wokół siebie miałam niewielką liczbę osób władających językiem angielskim i całą resztę żywo dyskutujących Włochów. Postanowiłam wykorzystać to jako okazję to osłuchania się z językiem, ale nie tylko. Jak wszem i wobec nam wiadomo – włosi celebrują chwile, w których mogą we wspólnym gronie zjeść.

Poczyniłam więc pewne obserwacje, zwłaszcza różnic naszej „polskiej mentalności”, a tego z czym zetknęłam się podczas tej uroczej kolacji:

1. Pora spożywania kolacji 

To o czym już wspomniałam – pora jedzenia. Im później tym lepiej, restauracja o godzinie 22 pęka w szwach i błędem byłoby stwierdzić, że gośćmi są tylko ludzie młodzi. Są to rodziny. Wielopokoleniowe rodziny. U nas wciąż jeszcze nie ma takiej kultury wychodzenia w rodzinnym gronie. Schabowy w domu w niedziele to szczyt rodzinnej integracji. Podoba mi się to, że dzięki późno spożywanej kolacji rodzina ma szansę spotykać się przy wspólnym stole codziennie.

2. Ilość dań

Jeśli idąc do restauracji zwykliście po zamówieniu pasty [makaronu] od razu przejść do płacenia rachunku, gdy zrobicie to we Włoszech, w oczach kelnera możecie ujrzeć zdziwienie. Tam pasta jest jak zupa u nas, czyli służy jako posiłek nr 1. Potem dopiero zamawia się obiad. Podczas wspomnianej przeze mnie kolacji tak też zrobiłam, nie chcąc odstawać zwyczajowo od reszty towarzystwa, co później mój żołądek wypominał mi do późnych godzin wieczornych. Tak więc – jedzą DUŻO i późno. Zwykle po tych dwóch daniach następuje pora na deser. Temu już nie podołałam.

3. Espresso „po”

Szybkie espresso po posiłku. To rozbawiło mnie najbardziej. Coś, co u nas uchodzi za kompletny absurd – mocne, stawiające na nogi wszystkie komórki naszego ciała szybkie espresso po całym tym maratonie jedzenia. Ci, którzy mają problemy ze spaniem zamawiają bezkofeinowe [sic!]. Ale musi być.

4. Celebracja chwil z rodziną

Wśród gości pojawiła się para z (żebym nie skłamała…) 3-4 tygodniowym bobasem. Spało sobie to spokojnie w wózku obok rodziców, którzy delektowali się chwilami ze znajomymi, jedzeniem i atmosferą. Gdy zakwiliło – zostało nakarmione (piersią – i nikt nie miał nic przeciwko karmieniu go przy stole, nikt nie wpadł na sugerowanie wyjścia mamy z dzieckiem gdziekolwiek indziej, a już na pewno nie do toalety!!!!), po czym zostało odłozone spowrotem do wózka, stojącego zaraz obok stołu, zasnęło. Bez problemów, z wrzawą rozmów w tle, bez żadnych spojrzeń. Dlaczego u nas to wciąż rzadkość?To tylko niektóre z obserwacji, które poczyniłam tego wieczoru, a już na pewno mała ich część dotycząca kultury jedzenia w ogóle.